Artykuł opowiadający o życiu na "Chopinie" podczas trwania "Szkoły pod Żaglami" został opublikowany w majowym numerze gazetki szkolnej XXVII LO im. Tadeusza Czackiego "CZADEK".
Zaznaczam, że wydarzenie w nim opisane są częściowo sfabularyzowane. Miłego czytania.
Długi, bolący dźwięk dzwonka. Hałas. Głosy ludzi. Dużo bezładnych głosów. Ktoś mnie szturcha, jednocześnie coś do mnie mówiąc. Ów człowiek nachyla się nade mną, ale nie mogę zrozumieć jego słów. Gdzie ja jestem? Ostre światło. Trzask drzwi. Powoli wraca mi świadomość.
Kształty nabierają ostrości. Poznaję twarz. To Michał. Już wiem, jestem w swojej koi. Dziwne dźwięki, które wydaje mój kumpel, zaczynają układać się w słowa. "Wstawaj, Mateusz! Słyszysz mnie?! Alarm do żagli! Sztormiak, szelki i na pokład!". Nie myślę dalej nad tym, co się dzieje.
Wyrzucam z siebie "już, już!" i podnoszę się ze statkowego łóżka - mojego jedynego prywatnego kącika na "Chopinie". Spałem w ubraniu, więc tylko mechanicznie zakładam buty, narzucam kurtkę od sztormiaka i chwytam szelki. Wychodzę na korytarz. Mocne bujnięcie powoduję utratę równowagi; potrącam Ostrego - mojego Oficera, który pojawia się w drzwiach naprzeciwko.
Kieruję się w stronę dziobu. Naprawdę porządnie buja - słychać stukot walających się po zlewie niezmytych szklanek i kubków. Mijam kuchnię, mocno chwytam poręcz przy schodach, prowadzących na górę. Cały Żaglowiec kołysze się rytmicznie - czuję, jak żołądek podchodzi mi raz po raz do gardła. Szelki, które staram się założyć na siebie, wciąż dźwięcznie stukają o ściany.
Otwieram drzwiczki dziobowej zejściówki i w ciągu ułamka sekundy zostaję od nich odepchnięty na ponad metr. "Nie tylko buja, ale jeszcze dmucha jak diabli. To co dopiero będzie się działo, jak nam każą wchodzić na górę?!".

Wyszedłszy na pokład, orientuję się, że jeszcze trwa noc, a wszechobecna jasność spowodowana jest przez kilkanaście halogenów, oświetlających maszty w celu umożliwienia pracy na rejach. Deski pokładu spływają słoną wodą. Fala raz po raz rozbryzguje się o burtę. Deszcz zacina w twarz.
"A może to nie deszcz? Tak, to chyba tylko fala". Wszechobecna morska woda uderza we mnie gradem kropel. Idę pod drugi maszt - rejon mojej, II wachty. Już są prawie wszyscy. Kapitan Ziemowit Barański układa plan działania stojąc na mostku. Mechanik też na pokładzie - "Czyli znowu idziemy także na silniku!".
Wieje naprawdę mocno, ale na masztach nadal dużo "szmat". Na dolnej rei pierwszego masztu widać jakichś ludzi, zwijających żagiel. Podchodzę do Agaty, Agi i Olaski. Jeszcze układają sobie szelki. "No to co? Idziemy na nocny spacerek, dziewczyny? Na górze będzie lepiej widać gwiazdy...".
Nie jestem do końca pewien, czy mnie usłyszały. Wiatr wpycha mi słowa do gardła. Agata rzuca pytanie, krzycząc: "czy wiecie może, która jest godzina???". Aga, jak zwykle zorientowana: "za pięć pierwsza.". Czyli położyłem się na niecałą godzinę. Dziwne, że w tak krótkim czasie wiatr wzmógł się aż tak bardzo.
Z mostka padają pierwsze komendy: "przygotować fokbramsel, fok dolny i górny marsel oraz grot górny i dolny marsel do zrzucenia". Chcę iść na górę, więc tylko patrzę błagalnie na Ostrego, który przyzwalająco kiwa głową. Ciągnę za sobą Olaskę i już jesteśmy na drablinkach. Za nami jeszcze widać Agę i Ślązaka.
"Najpierw na górnego?!" - krzyczę, starając się pokonać wiatr. Pytanie pozostaje bez odpowiedzi, więc dochodzę do wniosku, że musiało zostać odebrane jako retoryczne. Przez "szczekaczkę" słychać komendy na dziób: "fokbramsel dół.".
Reszta wachty na dole, z pomocą grupki osób z III, dzierży w pogotowiu szoty, gejtawy i gordingi - liny obsługujące czworokątne żagle, gotowa na komendę wybierać i luzować liny w celu zrzucenia płótna. Gdy jesteśmy na marsrei. zauważamy z Olaską, że na fokmaszcie l wachta już przymocowuje bramsla do rei.
Pada hasło: "grot górny marsel dół.". Wchodzimy na wysokość górnej marsrei. Słychać pisk bloków i hałas wybieranych lin. "Żagiel z wielką siłą zaczyna się rzucać i szarpać, pochłaniając kolejne podmuchy wiatru. Już płótno jest podciągnięte pod reję. Teraz nasza kolej.
Przechodzimy z masztu na poprzeczne drzewce, wpinając się szelkami w lifelinę. Ja z Agą kierujemy się w stronę końców rei, prowizorycznie przymocowując marsla. Przez głowę przelatuje myśl: "cholera, ręce mi drętwieją, jest chyba zimniej, niż mi się wydawało... poza tym mogłem założyć te wodoodporne spodnie!".
Przez szczekaczkę słychać kolejne komendy Kapitana. "Fok górny marsel i fok dolny marsel dół". Po kilku minutach nasz żagiel jest sklarowany - na morsko - brzydko i nieelegancko, ale w takich momentach nie ma czasu na ładne układanie płótna na rei. Słychać głos Kapitana: "grot dolny marsel dół".
Do moich uszu doszła odpowiedź Ostrego: "jest grot dolny marsel dół". Schodzimy o piętro niżej i znowu to samo. Po kolejnych kilku minutach praca skończona. Wichura się wzmaga. "Boże, ciekawe, ile jest w skali Beauforta? 8? W każdym razie na pewno sztorm.". Olaską uśmiecha się do mnie radośnie, choć widać, że się zmęczyła.
Ale przecież właśnie o to chodzi. Zmęczenie, zdrowe zmęczenie daje nieopisaną radość.
Jesteśmy już na dole, razem z resztą naszej wachty. Oficer chwali nas za sprawną i dobrą robotę. Na foku jeszcze się grzebią z marslami. Czekamy na dalsze dyspozycje. Pomimo dużej ilości adrenaliny, którą wygenerował mój organizm, jestem śpiący. Przypominam sobie o klasówce z matematyki, która czeka mnie jutro rano...
Niedobrze, jeszcze się wszystkiego nie nauczyłem. Kapitan Barański podaje kolejną komendę: "Przygotować się do brasowanie foka i grota naokoło!". Będziemy obracać reję względem wiatru. Przypomina mi się, że trzeba to robić nawet wtedy, gdy nie ma postawionych żagli. Chodzi o to, żeby drzewce dawały mniejszy opór.
Zrzucamy żółte liny - brasy rei na foku. I wachta już zakończyła pracę i schodzi na pokład. "Fok i grotmaszt naokoło" - pada hasło z głośników. Lewe wybieramy, prawe luzujemy. Kilkadziesiąt bloków skrzeczy niemiłosiernie. Na ziemi kłębią się liny. Dłonie coraz bardziej bolą. Pomimo tego, że "Szkoła pod Żaglami" trwa już ponad miesiąc, przez cały czas grube trójsplotki ranią ręce przy wybieraniu.

Po wyrównaniu i sklarowaniu lin mamy chwilę na to, żeby odetchnąć. Przez cały czas nie wiadomo, czy Kapitan "jeszcze czegoś nie wymyśli". Gdy już tracimy nadzieję, gasną halogeny. Ogarnia nas nieprzenikniona ciemność. Lekko tli się tylko światło w nawigacyjnej oraz lampy pozycyjne. Ostry rzuca zbawienne zdanie: "czekacie na zbawienie, czy co? Wracać do koi. O 7 pobudka, a potem lekcje! Trzeba się wyspać.".
Nie zauważam, kiedy znalazłem się u siebie w pościeli. Jestem przemarznięty, ale szczęśliwy. Tylko ta klasówka z matematyki wcale mi się nie podoba. Myślę jeszcze chwilę o alarmie. Gdy mijałem kuchnię, Dagny rozmawiała z Elą o sile wiatru. "III Oficer powiedział mi, że w szkwałach wieje 10°B". "A jednak!" - mówię do siebie. Powoli tracę kontakt z rzeczywistością. Ledwo widoczne na suficie zdjęcia moich bliskich rozmazują się. Zasypiam...
STS "Fryderyk Chopin" jest najmłodszym polskim Żaglowcem. Został zbudowany w latach 1990-92 specjalnie na zlecenie Fundacji "Międzynarodowa Szkoła pod Żaglami". Pomysłodawcą i prezesem tej organizacji był kapitan Krzysztof Baranowski, a jego bliskim współpracownikiem oraz zastępcą - kapitan Ziemowit Barański. Bryg od początku był projektowany jako statek dla "Szkół pod Żaglami!'. Jego główny konstruktor to słynny Zbigniew Choreń.
Ze swoimi dwoma masztami urejonymi "Chopin" jest jednym z największych brygów na świecie (55,47 m). Wysokość masztów od pokładu to 36,2 m, a od wody około 40 m. Statek posiada na każdym maszcie aż 6 rei (co jest bardzo rzadko spotykane), ma prawdopodobnie najdłuższy (w stosunku do kadłuba) bukszpryt na świecie oraz rozwija bardzo duże prędkości (jest w stanie pływać pod żaglami nawet 16 węzłów). Powierzchnia jego 22 żagli to 1 200 m2.
Załoga to maksymalnie 50 osób, z czego 30 osób to uczniowie, około 6 to nauczyciele, a resztę stanowi załoga stała (kapitan, 3 oficerów, 2 bosmanów, kuk, mechanik i elektryk).