Na pokład Żaglowca "Fryderyk Chopin" zjeżdżają się uczniowie, nauczyciele, załoga stała. Czeka ich żegluga do Kilonii, potem bezpośredni przelot 2600 Mm na Teneryfę, później Gibraltar, Kadyks, Lizbona... Żeglarska przygoda połączona z nauką.
Jest 25 września 2004 r., rozpoczyna się Szkoła pod Żaglami. Trwa przydział kabin i rozpakowywanie bagaży. Zaraz potem rozpoczynają się pierwsze lekcje, stres zarówno dla szesnastki uczniów, którzy przyjechali tu ze szkół z całej Polski, jak i części nauczycieli, którzy mają dopiero poznawać "uroki" pracy z młodzieżą. Także i ja, choć statek znam dobrze, w roli nauczyciela (języka angielskiego) jestem tu po raz pierwszy. Na szczęście początkowa trema szybko mija i wkrótce wszyscy nabieramy wprawy w prowadzeniu zajęć.
Po lekcjach przychodzi czas na szkolenie na pokładzie. "Na sucho" stawiamy żagle, ćwiczymy wchodzenie na reje, brasowanie. Ci, którzy robią to po raz pierwszy, czują niepokój, ale także wielką radość, przedsmak czekającej ich przygody i chęć jak najszybszego wypłynięcia.
Niestety, ostrzeżenia o sztormach na Bałtyku nie pozwalają nam wyjść ze Świnoujścia. Po trzech dniach oczekiwania nareszcie wypływamy: kurs - Kilonia! Rozpoczyna się pierwszy dla wielu rejs morski... Szkoda tylko, że płynąć trzeba pod wiatr i marzenia o wspięciu się na najwyższą reję muszą na razie poczekać... Żegluga na Morzu Bałtyckim, a po przejściu Kanału Kilońskiego także na Północnym, przypominała typowe jesienne pływanie: sztormy, przeciwne wiatry osiągające
10 stopni w skali Beauforta, ciągłe deszcze i męcząca większość załogi choroba morska, której jedynym pozytywnym przejawem były odwołane lekcje. Dopiero po przejściu Kanału Angielskiego (albo jak kto woli - La Manche), gdy wiatr ucichł, mogliśmy chwilę odetchnąć. Odwiedziły nas delfiny. Ponownie też rozpoczęliśmy naukę. Szybko jednak znów wzmógł się wiatr, na szczęście wiejący ze sprzyjającego nam kierunku i rozpoczęliśmy sztormowanie na żaglach.
Tym razem jednak zahartowani wcześniejszymi doświadczeniami cieszyliśmy się widokiem zalewających pokład fal, prędkością dochodząca do 11 węzłów oraz trzydziestopięciostopniowymi przechyłami raz na prawą, raz na lewą burtę.
Prawdziwa żeglarska przygoda rozpoczęła się dopiero po przejściu Sao Vincente, nazywanego
przylądkiem "ciepłych gaci". Wiatr ucichł, ocean uspokoił się, czapki i sztormiaki zostały nareszcie zastąpione przez kostiumy kąpielowe, a stałą poprawę pogody ogłosił pływający przy burcie wieloryb. Od tego dnia, choć żeglowaliśmy leniwie, nasze dni nabrały dużego tempa.
Rano sprzątanie i prace bosmańskie, po południu lekcje, sprawdziany i odpytywanie, dopiero wieczorem, o ile nie planowano dodatkowych zajęć, można było trochę odpocząć, pouczyć się do kartkówek czy przespać przed czekającą nas nocną wachtą. W ten sposób mijały kolejne dni i mile dzielące nas od celu. W wolnym czasie rozgrywaliśmy turniej szachowo-warcabo-wy, odbyły się także Pokładowe Igrzyska, podczas których poszczególne wachty rywalizowały, stawiając żagle na czas czy odpowiadając na podchwytliwe pytania dotyczące żaglowca i stałej załogi.
W tak sielankowej atmosferze, po
18 dniach i 2600 Mm nieprzerwanej żeglugi, dotarliśmy do długo wyczekiwanego Santa Gruz de Tenerife.
Marta Mietlicka (MIOTŁA)